ROZPAKOWANA WALIZKAFragment książki "WODA i ZIEMIA" Johna BoyneDzisiaj dzięki życzliwości Wydawnictwa Replika publikujemy fragment z książki "WODA i ZIEMIA", której autorem jest John Boyne, a przetłumaczona została przez Ewę Ratajczyk. "Pierwszą rzeczą, jaką robię po przyjeździe na wyspę, jest zmiana nazwiska. Przez długi czas – dwadzieścia osiem lat – byłam Vanessą Carvin, ale przez wcześniejsze dwadzieścia cztery nazywałam się Vanessa Hale i niespodziewaną pociechę przynosi mi fakt odzyskania praw przysługujących mi z urodzenia, które, jak czasami mam wrażenie, zostało mi ukradzione, choć byłam współwinna przestępstwa. Kilka minut później zmieniam nazwisko ponownie, tym razem na Willow Hale. Willow to moje drugie imię i rozsądnym wydaje mi się zrobienie kolejnego kroku do oddzielenia kobiety, którą jestem teraz, od tej, którą byłam kiedyś, żeby nikt mnie tutaj nie skojarzył. Moi rodzice byli przeciętnymi przedstawicielami klasy średniej – ojciec nauczycielem, a mama ekspedientką – i niektórzy za przejaw arogancji uznali to, że córce nadali imiona Vanessa Willow, które przywodzą na myśl pisarza z Grupy Bloomsbury lub eteryczną muzę malarza, ale ja zawsze je lubiłam. Przypuszczam, że wtedy miałam jakieś wyobrażenia na swój temat. Teraz już ich nie mam. Kolejnym zadaniem jest ogolenie głowy. Odkąd pamiętam, mam blond włosy do ramion, ale przed wyjazdem z Dublina kupiłam elektryczną maszynkę i podłączyłam ją do ładowania na pół godziny, zanim przejadę nią wokół czaszki, doświadczając gorączkowej ekstazy, gdy obserwuję, jak kępki wpadają do umywalki albo spadają na podłogę, obok moich stóp. Stojąc pośród opadających kosmyków mojej kobiecości, postanawiam nie golić się całkiem na łyso, ponieważ ściągnęłabym na siebie uwagę, zresztą moja głowa się do tego nie nadaje, w przeciwieństwie do słynnej piosenkarki, która wyglądała jak jeden z boskich aniołów, kiedy po raz pierwszy pojawiła się na ekranach telewizorów. Strzygę się więc tak, żeby uzyskać nieskomplikowaną, bezkształtną fryzurę spracowanej wiejskiej kobiety, zbyt zajętej, by przejmować się fizycznością. Blond zniknął, a w jego miejsce pojawił się ciemnoszary odcień, który musiał czaić się we mnie przez cały czas, niczym łagodny nowotwór. Zastanawiam się, jak będę wyglądać, gdy znów zaczną odrastać i chyba wolę, żeby nie rosły. Tak naprawdę byłoby wygodniej, gdyby po prostu wyzionęły ducha z okrutną ostatecznością, jaka przytrafia się mężczyznom. Oglądam domek i oceniam, że jest odpowiedni do moich potrzeb. Zdjęcia, które widziałam w Internecie, nie kłamały na temat jego surowości. Drzwi wejściowe prowadzą wprost do salonu, w którym mieści się także kuchnia. A może do kuchni, w której mieści się salon. Jest pojedyncza sypialnia z pojedynczym łóżkiem – jakie to będzie dziwne uczucie, znów spać jak dziecko – i mała łazienka bez prysznica. Wokół umywalkowej baterii wciśnięto odpychającą gumową nakładkę – wyciągam ją i chowam do szafki pod zlewem. Dach musi być solidny, bo na kamiennej podłodze nie ma wilgotnych plam po przesiąkającej z góry wodzie. Podoba mi się ta prostota, klasztorny charakter tego miejsca. Jest tak dalekie od tego, do czego jestem przyzwyczajona. Kiedy nawiązałam kontakt z właścicielem, niejakim Peaderem Dooleyem, zapytałam o Wi-Fi, a on powiedział, że Internet ma jeden z pubów na wyspie, ale tylko nieliczne domy mają do niego dostęp i jego dom się do nich nie zalicza. – Przypuszczam, że z tego powodu skreślasz to miejsce? – zapytał z wyraźnym rozczarowaniem, ponieważ lokum nie należało do tych, które przyciągają wielu zainteresowanych, a już na pewno nie wynajmem na czas nieokreślony. – Wręcz przeciwnie – odparłam. – Tym bardziej mnie interesuje. Odkręcam kran – woda najpierw ma brązowy kolor, a później oczyszcza się w rurach i płynie krystalicznym strumieniem. Wsuwam pod niego dłoń, jest szokująco zimna. Biorę z półki szklankę, napełniam ją i biorę łyk. Nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłam takiej czystości. Piję jeszcze trochę i czuję, że coś we mnie budzi się do życia. Zastanawiam się, czy tą wodą można się upić. Przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia, sprawdzam włączniki światła i z ulgą stwierdzam, że wszystkie działają – noce na wyspie są z pewnością ciemniejsze niż w jakimkolwiek innym miejscu, jakie znam. Tapeta jest wyblakła i wygląda, jakby trzymała się ściany bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiegokolwiek innego powodu; jednak podejrzewam, że jedno porządne szarpnięcie i płachty spadną, nie stawiając oporu. Czegoś mi brakuje i dopiero po kilku chwilach uświadamiam sobie czego: telewizora. Nie jestem rozczarowana. Jeśli mam wieść tę hermetyczną egzystencję, to najlepiej, żeby nic mi jej nie utrudniało. Dostąpię rzadkiego przywileju pełnej ignorancji świata zewnętrznego i wszystkich jego nonsensów. Jest jednak radio, staroświeckie radio ze składaną anteną. Włączam ją, ale słyszę tylko szumy. Wyciągam miedziany szpikulec, obracam pokrętło i wkrótce trafiam na RTÉ Radio I i Joe Duffy’ego wykazującego się godną podziwu cierpliwością podczas prowadzenia rozmowy z jedną ze słuchaczek na temat ostatniego upokorzenia, które ją spotkało. Przez lata słuchałam programu Joe codziennie, ale teraz wyłączam radio. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy Brendan i ja byliśmy przedmiotem wielu debat, a ja, masochistka, nie mogłam się powstrzymać od obsesyjnego słuchania nieznajomych, którzy dzwonili, żeby potępić nas oboje. – A co do niej – mówili złośliwie, z moralną wyższością. – Wiadomo, wystarczy na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, że od początku brała w tym udział. Podobieństwa się przyciągają. Przysięgłam sobie, że nie będę już zwracała uwagi na tych bezlitosnych komentatorów, więc wyjmuję baterie z urządzenia i zakopuję je w różnych częściach ogrodu, wygładzając ich kopce, abym nie mogła ich znaleźć. Jedzenie. To będzie problem. Taksówkarz, jedyny na wyspie, mężczyzna o imieniu Mícheál Óg Ó’Ceallaigh, przywiózł mnie i moją walizkę z doku do domku i powiedział, że zaledwie dwadzieścia minut spacerem od miejsca, w którym się zatrzymam, między pubem a kościołem jest „świetny mały sklep”. Starym pubem, dodał, nie nowym. Spacer powinien mi sprawić przyjemność. Ćwiczenia są ponoć dobre dla zdrowia psychicznego, a moje kuleje. W tej chwili jednak nie jestem głodna, a nawet gdybym była, pan Dooley musi mieć gdzieś w pobliżu agenta, ponieważ na stole czeka świeży bochenek chleba, a w lodówce jest masło, szynka, jajka i ser, a także mały worek ziemniaków leżący przy drzwiach wejściowych jak zmęczony podróżnik. Kiedy rozpakowuję walizkę, ze zdziwieniem odkrywam, że włożyłam do niej kosmetyczkę pękającą w szwach od kosmetyków do makijażu, której zamek błyskawiczny napina się pod naporem zobowiązania do ukrywania prawdy przez całe życie. Nie przypominam sobie, żebym ją chowała. Być może był to po prostu nieświadomy gest po latach pakowania się na wakacje i wyjazdy służbowe Brendana. Wysypuję zawartość na łóżko i przeglądam. Mam przed sobą oszustwo warte tysiąc euro, obietnice młodości zamknięte w białych tubkach, szklanych butelkach i plastikowych pojemnikach. Zgarniam wszystko z powrotem do kosmetyczki i wyrzucam do kosza. Rebecca, moja młodsza córka, wpadłaby w szał, gdyby była świadkiem takiego marnotrawstwa. Kilka lat temu, kiedy miała czternaście lat, została czymś w rodzaju ekowojowniczki i wiecznie beształa mnie za pozbywanie się rzeczy, gdy jeszcze było w nich życie, tak jak mężczyźni pozbywają się swoich pierwszych żon. Tak czy inaczej, kosmetyki mi niepotrzebne, bo zamierzam wieść tutaj proste życie. Umyję twarz mydłem, osuszę szorstkim ręcznikiem i zdam się na pastwę żywiołów. Nie zabrałam ze sobą wielu ubrań, więc powieszenie ich w szafie nie zajęło mi dużo czasu. Kilka par dżinsów. Kilka T-shirtów. Bielizna. Parę grubych wełnianych swetrów. Spodziewałam się atlantyckiego chłodu i całkiem podobała mi się perspektywa spacerowania po klifach, jak aktorka z reklamy telewizyjnej, wpatrywania się w morze i kontemplowania ruin mojej egzystencji. Tylko dwie pary butów. Te, które mam na sobie, czyli zwykłe wygodne adidasy, i drugie, niewiele lepsze. Pewnie powinnam była zabrać buty trekkingowe. Zastanawiam się, czy jest tu może jakieś miejsce, w którym można je kupić, bo nie mam zamiaru wracać na stały ląd podczas na rzuconego sobie wygnania. Jeśli nie, będę musiała radzić sobie z tym, co mam. Ludzie zawsze tak robili. Wielu nadal nie ma wyboru. Drzwi wejściowe są uchylone i do środka wmaszerowuje kotka, która zatrzymuje się na chwilę, zaskoczona, z uniesioną prawą przednią łapą. Wpatruje się we mnie z oburzeniem, jakbym to ja, a nie ona, była intruzem. – Mam umowę najmu – informuję zwierzę, a ona reaguje na moją bezczelność zmrużeniem oczu. – Chcesz zobaczyć? Nie przepadam za zwierzętami i mam nadzieję, że kotka będzie oburzona tym naruszeniem jej praw i sobie pójdzie, ale nie, po prostu wydaje z siebie zrezygnowane miauknięcie, po czym podchodzi do fotela, wskakuje na niego i natychmiast zasypia. Emma, moja starsza córka, chciała mieć psa, jak była mała, ale Brendan twierdził, że jest uczulony, w co nigdy nie wierzyłam. Prawda była taka, że cenił sobie porządek i uważał, że trzymanie jakiegokolwiek zwierzaka w domu doprowadzi do chaosu. Wszędzie zabawki. Legowiska. Miski z wodą. Mocz na płytkach podłogowych. Teraz tego żałuję. Dzieci są z nami tylko przez krótki czas. Wydaje się rzeczą nieuprzejmą nie dawać im tego, o co proszą, zwłaszcza gdy proszą o coś, co mogłoby je kochać bezwarunkowo. Pozwalam myślom popłynąć na chwilę do mojego byłego męża. „Cóż, teraz ma wokół siebie chaos”, mówię sobie, zastanawiając się, czy powinnam się uśmiechnąć z powodu tej ironii, ale nie jestem w stanie. Formalnie wcale jeszcze nie jest byłym mężem. Po prostu tak o nim myślę. Pewnego dnia w końcu zbiorę siły i porozmawiam z adwokatem, ale chwilowo systemu prawnego mam dość na tyle, żeby nie chcieć mieć z nim do czynienia do końca życia, a kto wie, może Brendan umrze albo ktoś go zabije – zaoszczędziłoby mi to zarówno zachodu, jak i kosztów. Ponieważ nie mam w domku nic do roboty, wychodzę na zewnątrz, żeby się rozejrzeć. Dzień jest piękny, ani zimny, ani ciepły, bez choćby szeptu wiatru w powietrzu. W zasięgu wzroku znajduje się kilka innych domów, leżących w pewnej odległości od mojego. Tuzin lub więcej bydła i owiec jest rozsianych po polach mojego najbliższego sąsiada, którego gospodarstwo rozciąga się na szczycie wzgórza, może dziesięć minut spacerem od moich drzwi. – Teraz tu mieszkam. – Mój głos brzmi obco. Być może jest coś szczególnego w akustyce wyspy, jakiś nieharmonijny punkt spotkania wody, ziemi, ognia i powietrza. Trudno uwierzyć, że wylądowałam w takim miejscu. Wcześniej, spontanicznie, sprawdziłam kalendarz w telefonie, żeby zobaczyć, gdzie byłam tego dnia w zeszłym roku i okazało się, że tamtego poranka Brendan i ja mieliśmy audiencję u papieża Franciszka w Rzymie. Ambasador Irlandii przy Stolicy Apostolskiej przedstawił nas, informując Jego Świątobliwość, że ma przed sobą wielkiego Brendana Carvina, znanego i podziwianego jak kraj długi i szeroki, a gdyby Brendan był obdarzony piórami, nastroszyłby je i otoczył nas wszystkich swoimi kolorowymi skrzydłami. „A to jego żona”, dodał po chwili ambasador, nie uznając mnie za godną podania mojego imienia, a ja wykonałam coś w rodzaju ukłonu w czarnej sukni, którą kupiłam na tę okazję w Brown Thomas, kończącej się gdzieś pomiędzy kolanami i kostkami, z twarzą ukrytą za woalką, prawdopodobnie w celu ochrony papieża przed pokusami. Ręka Franciszka nie była pierwszą papieską dłonią, którą z Brendanem uścisnęliśmy – wcześniej były dwie inne – ale z pewnością będzie ostatnią. Spoglądam na zegarek. Dochodzi trzecia i już nie jestem pewna, jak zapełnię resztę dnia. Przywiozłam ze sobą kilka książek – głównie klasykę – ale nie jestem w nastroju do czytania. Chyba pójdę do sklepu. Pozwiedzam. Nabiorę apetytu i zobaczę, co serwują w pubie, zakładając, że w ogóle podają coś do jedzenia. Może się upiję i zatańczę na stole. Byłoby nie lada wyczynem już pierwszej nocy dostać zakaz wstępu do jednego z dwóch pubów na wyspie. Przypominam sobie o telefonie i wracam do środka, żeby wyjąć go z torebki, a kiedy dotykam ekranu, by go wybudzić, okazuje się, ku mojemu zaskoczeniu, że mam pięć pełnych kresek. Więc nie ma Wi-Fi, ale jest mocny zasięg. Otwieram aplikację wiadomości, wyszukuję imię Rebeki, ponownie czytam naszą ostatnią rozmowę, która miała miejsce ponad tydzień temu, i zerkam na górę ekranu. Nie przejmując się jej prywatnością, komunikator mówi mi, że jest online. Dotarłam, piszę. Jestem na wyspie. A potem, choć nie mam powodu, by tak sądzić, dodaję: Podobało by Ci się tutaj. Wysyłam wiadomość i obserwuję, jak obok niej pojawia się szary haczyk, a potem kolejny. Chwilę później zmieniają kolor na niebieski. Czyta to. Rzadki moment, kiedy dokładnie wiem, co robi moja córka. Poniżej pojawia się słowo „pisze…” Odpowiada. Ale informacja znika. Zmieniła zdanie. Zdjęcie na jej profilu również znika. Wiem, co to oznacza. Że mnie zablokowała. Przynajmniej tymczasowo. Robi to dość regularnie, zwykle w reakcji na mój kontakt, ale zawsze budzę się następnego dnia i znów widzę jej zdjęcie. Odkładam telefon na stolik. Muszę zrobić jeszcze tylko jedną rzecz, zanim udam się do wioski, a mianowicie wyjąć z walizki małe, oprawione zdjęcie Emmy, Rebekki i mnie i postawić je na stole tak, żeby było je dobrze widać z sofy. Zostało zrobione lata temu, kiedy dziewczynki miały dziesięć i osiem lat. Oczywiście nie ma na nim Brendana. Gdyby był, spaliłabym je. Ale w pewnym sensie jest obecny, ponieważ to on musiał trzymać aparat. Rozważam rzucenie ramki na podłogę i rozerwanie zdjęcia na strzępy z powodu jego upiornej obecności, ale jeśli to zrobię, nie będę miała żadnych fotografii córek. Owszem, Rebekki pojawi się znów jutro rano, ale w tym życiu nie będzie więcej Emmy. Doprowadziły do tego moje błędy w roli matki. – Co o tym myślisz? – pytam kotkę, która leniwie otwiera oczy i jakby zapominając o swoim wcześniejszym oburzeniu, zrywa się z fotela i wymaszerowuje za drzwi. Idę za nią. " *Fragment pochodzi z książki "WODA i ZIEMIA" J. Boyne, Wydawnictwo Replika, 2025 **Post powstał we współpracy z Wydawnictwem Replika POLECAMY:
0 Comments
WODA I ZIEMIATrauma i wyrzuty sumienia"Pierwszą rzeczą, jaką robię po przyjeździe na wyspę, jest zmiana nazwiska. Przez długi czas – dwadzieścia osiem lat – byłam Vanessą Carvin, ale przez wcześniejsze dwadzieścia cztery nazywałam się Vanessa Hale i niespodziewaną pociechę przynosi mi fakt odzyskania praw przysługujących mi z urodzenia, które, jak czasami mam wrażenie, zostało mi ukradzione, choć byłam współwinna przestępstwa."* Maria – Zbyt Późne Słowa Maria była nauczycielką języka polskiego w liceum. Miała dar dostrzegania w uczniach talentów i potencjału, którego nie widzieli nawet ich rodzice. Jednak był jeden uczeń, którego przegapiła – Piotr. Cichy, nieśmiały, zawsze siadał w ostatniej ławce. Jego wypracowania były pełne melancholii, a w oczach tkwiła jakaś pustka, której nigdy nie próbowała zgłębić. Kiedy pewnego dnia usłyszała na korytarzu, że Piotr targnął się na swoje życie, coś w niej pękło. Przewijała w głowie wszystkie rozmowy, których nigdy z nim nie przeprowadziła. Nigdy nie zapytała, czy wszystko u niego w porządku. Nigdy nie zatrzymała go po lekcji, żeby powiedzieć, że jego teksty są piękne. Wyrzuty sumienia stały się jej codziennością. Zaczęła analizować każdą swoją reakcję na uczniów, próbując dostrzec najmniejsze oznaki smutku, depresji, zagubienia. Każdej nocy budziła się z tym samym pytaniem: Czy jedno ciepłe słowo mogłoby go ocalić? Tomasz – Ostatni Telefon Tomasz był prawnikiem i wiecznie zapracowanym człowiekiem. Dbał o swoją karierę, gonił za sukcesem i rzadko znajdował czas dla bliskich. Pewnego dnia jego młodszy brat, Adam, zadzwonił do niego wieczorem. Tomasz spojrzał na ekran telefonu i westchnął. Był zmęczony po długim dniu pracy. Pomyślał, że oddzwoni rano. Rano było już za późno. Adam zginął w wypadku samochodowym. Tomasz długo nie mógł sobie wybaczyć. Czy ten telefon był wołaniem o pomoc? Może gdyby odebrał, brat nie wsiadłby za kierownicę w tamtą deszczową noc? Może powiedziałby mu coś ważnego, coś, co sprawiłoby, że zostałby w domu? Wyrzuty sumienia przerodziły się w głęboką traumę. Tomasz unikał rozmów o bracie, nie odbierał telefonów od bliskich, bojąc się kolejnej straconej szansy. Nie mógł znieść dźwięku dzwonka. Czuł, że jego milczenie kosztowało życie człowieka, którego kochał najbardziej. Anna – Krzyk Za Ścianą Anna mieszkała w starej kamienicy w centrum miasta. Pewnego wieczoru, wracając do domu, usłyszała kłótnię za ścianą. Sąsiedzi – młode małżeństwo, które czasami widywała na korytarzu – wyraźnie się kłócili. Kobieta krzyczała coś o odejściu, mężczyzna groził, że „nie pozwoli jej tak po prostu odejść”. Anna poczuła ukłucie niepokoju, ale nie zrobiła nic. Zamknęła drzwi, wzięła prysznic i poszła spać. Następnego dnia na klatce schodowej było cicho. Nie zobaczyła sąsiadki wychodzącej do pracy. Kilka godzin później zjawiła się policja. Kobieta nie żyła. Anna przez długie tygodnie nie mogła wytrzymać z własnymi myślami. Może gdyby zadzwoniła na policję, gdyby zapukała do drzwi, gdyby zrobiła cokolwiek… Może ta kobieta wciąż by żyła? Wyrzuty sumienia przerodziły się w lęk. Każdy hałas za ścianą przyprawiał ją o dreszcze. Czuła, że jest współwinna. Nie trzymała noża, nie zadała ciosu, ale zignorowała krzyk. I to było wystarczające, by na zawsze zniszczyć jej spokój. Ta historia opowiada o trzech osobach, których sumienia zostały naznaczone wydarzeniami, na które nie zareagowały – i które na zawsze odmieniły ich życie. Czym są wyrzuty sumienia? Wyrzuty sumienia to wewnętrzny ból psychiczny wynikający z poczucia winy za coś, co zrobiliśmy lub – co gorsza – czego nie zrobiliśmy. Często towarzyszy im obsesyjne analizowanie sytuacji i pytanie: Czy mogłem postąpić inaczej? W skrajnych przypadkach mogą prowadzić do traumy – głęboko zakorzenionego lęku, żalu i wstydu, które wpływają na codzienne życie. Może się wydawać, że czas leczy rany, ale w rzeczywistości wyrzuty sumienia wracają w najmniej oczekiwanych momentach. Czy można uciec od wyrzutów sumienia? Maria, Tomasz i Anna codziennie zadawali sobie pytanie: co by było, gdyby… Każde z nich przeżywało traumę wynikającą z zaniechania. Nie byli sprawcami tragedii, ale nie byli też ich świadomymi przeciwnikami. Czasem jedynym sposobem na ucieczkę jest konfrontacja. Maria zaczęła prowadzić warsztaty z psychologii wśród uczniów, ucząc ich, jak mówić o emocjach. Tomasz założył fundację wspierającą rodziny osób, które straciły bliskich w wypadkach. Anna została wolontariuszką w organizacji pomagającej ofiarom przemocy domowej. Czy to wystarczyło, by ukoić sumienie? Nie do końca. Ale pomogło przynajmniej żyć z ciężarem milczenia. "Odkręcam kran – woda najpierw ma brązowy kolor, a później oczyszcza się w rurach i płynie krystalicznym strumie niem. Wsuwam pod niego dłoń, jest szokująco zimna. Biorę z półki szklankę, napełniam ją i biorę łyk. Nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłam takiej czystości. Piję jeszcze trochę i czuję, że coś we mnie budzi się do życia. Zastanawiam się, czy tą wodą można się upić."* John Boyne, autor książki „Woda i ziemia”, która dzisiaj ma swoją premierę, ukazuje w dwóch mini-powieściach nie tylko mroczną stronę człowieczeństwa, ale również jego delikatną naturę. Podczas lektury książki poznajemy bohaterów, których wybory życiowe doprowadziły do tego, że ich życie zmieniło się w piekło, a oni sami szukali ucieczki, nie tylko przed drugim człowiekiem, ale przede wszystkim przed samym sobą. Książkę czyta się jednym tchem. A nakreślone w niej portrety psychologiczne na długo zapadają w pamięci. *Fragment pochodzi z książki J. Boyne "WODA i ZIEMIA", Wydawnictwo Replika, 2025 **Post powstał we współpracy z Wydawnictwem Replika POLECAMY:
STRES RODZICIELSKIFragment z książki C. Howell "Zdrowie kobiety"W poście Zdrowie psychiczne kobiety mogliście przeczytać o tym, jak uwolnić się od narcyza i uniknąć toksycznej relacji. Dzisiaj natomiast dzięki życzliwości WYDAWNICTWA RM publikujemy fragment książki, której autorką jest C. Howell"Rodzicielstwo kojarzymy z dobrostanem psychicznym i zadowoleniem z życia, jednak w wypadku niektórych kobiet posiadanie dzieci wpływa negatywnie na ich zdrowie psychiczne i dobrostan. Bycie rodzicem składa się z kilku etapów, od przygotowywania się na nadejście dziecka przez wypuszczenie dzieci z domu po pomaganie im jako dorosłym już ludziom, gdy nas potrzebują. Każdy z tych etapów może wywoływać różne rodzaje stresu, który często jest całkowicie normalny. Martwimy się, czy nasze niemowlę osiąga kolejne kamienie milowe w rozwoju, czy nasz kilkulatek miło spędza czas w przedszkolu albo czy nasz nastolatek znalazł sobie kolegów. Niektóre z tych zmartwień wywołują jednak duże cierpienie i mogą pozytywnie lub negatywnie oddziaływać na nasze relacje z ludźmi. Wiele kobiet wiąże duże oczekiwania z rodzicielstwem. Chcemy być wspaniałymi matkami albo marzymy o tym, żeby nasze dziecko było przede wszystkim zdrowe i szczęśliwe. Czasami te oczekiwania zostają zaspokojone, a czasem nie. Powody mogą być różne i wiele z nich znajduje się poza naszą kontrolą. Często wymaga się od nas sprzecznych rzeczy, np. tego, abyśmy jednocześnie robiły karierę i wychowywały dzieci, albo opiekowały się w tym samym czasie rodzicami, którzy są już w podeszłym wieku. Bycie rodzicem może się kojarzyć ze szczęściem, radością i dobrostanem. Mogą mu też towarzyszyć inne emocje, takie jak poczucie winy lub złość, które z czasami mogą prowadzić do stanów lękowych i depresji. Niektóre sytuacje sprawiają, że musimy stawić czoła własnym problemom (takim jak trauma) z okresu dzieciństwa lub rodzicielstwa. A jeśli wychowujemy dziecko samotnie, stajemy przed szczególnymi trudnościami. Problemy finansowe lub mieszkaniowe także mogą się przyczyniać do zwiększenia stresu. Często mamy określone oczekiwania (lub przekonania) związane z rodzicielstwem albo z tym, jak my sami powinniśmy się odnaleźć w tej roli. Społeczeństwo wysyła nam wiele komunikatów na temat tego, jaka powinna być matka. Jeden z nich mówi, że macierzyństwo jest „naturalne”, co może np. oznaczać, że wszystkie kobiety powinny potrafić karmić piersią, intuicyjnie wiedzieć, jak uspokoić niemowlę, albo umieć wychować swoje dzieci tak, żeby zawsze dobrze się sprawowały. Druga koncepcja mówi o „idealnej matce” i często wywołuje w nas poczucie winy albo wstyd. Pamiętaj, że w wypadku rodzicielstwa rzeczywistość najczęściej odbiega od ideału, a nasze oczekiwania okazują się nierealistyczne. Do rozpowszechnienia tych koncepcji przyczyniły się mity o kobietach i macierzyństwie, a w ostatnich latach także wizerunek „idealnej matki” prezentowany w mediach społecznościowych. Dlatego współcześnie wiele kobiet uważa, że powinny w pełni kontrolować sytuację, a gdy nie uda im się spełnić tych oczekiwań – wziąć na siebie pełną odpowiedzialność. Może to wywoływać samokrytyczne myśli i poczucie wstydu. Kobiety są szczególnie narażone na takie wpływy w okresie okołoporodowym. W prawdziwym życiu idealna matka nie istnieje! Pamiętaj, że niemowlęta i małe dzieci mają różne temperamenty i potrzeby. Niektóre – np. dzieci z porażeniem mózgowym, zespołem nadpobudliwości psychoruchowej albo ze spektrum autyzmu – wymagają szczególnej opieki. Najważniejszym zadaniem rodzica jest kochać swoje dziecko, zapewnić mu bezpieczeństwo i pomóc mu osiągnąć pełny potencjał. Aby jednak mógł to zrobić, musi najpierw zadbać o własny dobrostan najlepiej, jak potrafi. Pandemia COVID-19 wniosła do naszego życia dodatkowy stres. Szpitale nie pozwalały na obecność partnerów przy porodzie, a młode matki nie mogły wychodzić na spacery ze swoimi małymi dziećmi z powodu panoszących się infekcji. Dziś wiemy już, że te czynniki wywarły istotny wpływ na nasze zdrowie psychiczne i dobrostan. Skutki pandemii odbiły się również w sferach pracy, opieki nad dziećmi i nauki w szkole, co także było znaczące i u wielu osób doprowadziło do wypalenia. Oto kilka sugestii dotyczących tego, jak zarządzać stresem rodzicielskim i walczyć z wypaleniem: • Uświadom sobie własne oczekiwania i zastanów się, czy są realistyczne. • Przestań porównywać się z innymi. • Szukaj nowych punktów widzenia, zwłaszcza w trudnych chwilach („Czy można o tym pomyśleć w jakiś inny sposób?”) albo wtedy, gdy jesteś zbyt samokrytyczna wobec siebie. • Zastosuj strategie, które pomagają zmniejszyć stres, takie jak medytacja, aktywność fizyczna albo przekazanie części obowiązków domowych partnerowi lub innym członkom rodziny; jeśli masz taką możliwość, rozważ zatrudnienie pomocy. • Pamiętaj o samoopiece, która może mieć postać regularnych posiłków, zapewnienia sobie odpowiedniej ilości snu albo aktywności fizycznej. • Nie komplikuj niepotrzebnie sytuacji. Skup się na tym, co jest ważne, i zrezygnuj z rzeczy, które do tego nie pasują, zwłaszcza gdy masz w domu małe dziecko. • Codziennie praktykuj uważność – np. obserwuj, jak twoje dziecko się bawi, albo spędź z nim trochę czasu na świeżym powietrzu. Wykorzystaj swoje zmysły, żeby czerpać radość z tych chwil. • Zauważaj i doceniaj dobre momenty. Praktykuj wdzięczność. • Zaufaj sobie i swojej intuicji. • Rozszerzaj swoją sieć wsparcia obejmującą rodzinę, przyjaciół, społeczność albo znajomości internetowe – i wykorzystuj ją. Używaj sprawdzonych aplikacji do zdobywania informacji i wsparcia. • Poszukaj pomocy, jeśli opiekujesz się dzieckiem ze specjalnymi potrzebami. • Pamiętaj, że niemowlęta, małe dzieci i nastolatki przechodzą kolejne etapy w rozwoju i wciąż robią postępy! Po burzy zazwyczaj wychodzi słońce. • Monitoruj swoje zdrowie psychiczne i dobrostan. • W razie potrzeby udaj się do specjalisty. Najlepiej zacznij od wizyty u lekarza albo terapeuty. Pamiętaj, że czasami musimy zrobić krok do tyłu, żeby zrobić dwa do przodu. Kluczem do sukcesu jest stawianie małych kroków jeden za drugim!" *Fragment pochodzi z książki Cate Howell "Zdrowie psychiczne kobiety", Wydawnictwo RM, 2025 **Post powstał we współpracy z Wydawnictwem RM POLECAMY:
POWIĄZANY POST: Zdrowie psychiczne kobiety *Fragment pochodzi z książki Cate Howell "Zdrowie psychiczne kobiety", Wydawnictwo RM, 2025 **Post powstał we współpracy z Wydawnictwem RM POLECAMY:
ZDROWIE PSYCHICZNE KOBIETYJak zatroszczyć się o siebie?Marta wstała dziś później niż zwykle. Nie miała siły zmierzyć się ze światem od razu po przebudzeniu, więc leżała, wpatrując się w sufit. Biały, nieruchomy, bezpieczny. Czuła, że jej myśli są jak fale - niektóre delikatne, ledwie muskające świadomość, inne potężne, uderzające z całą siłą i pozostawiające po sobie osad zmęczenia. Dawniej była kobietą pełną energii. Uwielbiała wstawać wcześnie rano, pić mocną kawę i witać dzień z entuzjazmem. Teraz kawa wydawała się gorzka, a poranki były pełne ciężkości. Wiele razy słyszała, że powinna po prostu „wziąć się w garść”, ale wiedziała, że to nie takie proste. Jej umysł stał się polem bitwy, na którym codziennie toczyła walkę z własnymi myślami. Psychoterapia pomogła jej lepiej rozumieć samą siebie. Nauczyła się, że nie jest słaba, że ma prawo czuć się źle i że dbanie o siebie to nie kaprys, ale konieczność. Wciąż jednak bywały dni, kiedy czuła, że tonie. To był właśnie taki dzień. Z trudem podniosła się z łóżka, włożyła szlafrok i podeszła do okna. Na ulicy ludzie spieszyli się do pracy, uśmiechali do siebie, prowadzili rozmowy. Przez chwilę czuła się od nich oderwana, jakby stała za szybą oddzielającą ją od reszty świata. Ale potem przypomniała sobie rozmowę z terapeutką. "Nie musisz dziś wygrać całej wojny" - powiedziała jej ostatnio. "Wystarczy, że zrobisz jeden mały krok". Zrobiła więc krok. Poszła do kuchni i nalała sobie szklankę wody. Później wzięła głęboki oddech i otworzyła okno, wpuszczając do pokoju rześkie, lutowe powietrze. Zrobiła plan na resztę dnia - krótką przechadzkę, ciepłą herbatę, może kilka stron ulubionej książki. Nic wielkiego, ale wystarczająco, by nie dać się pochłonąć mrokom swojego umysłu. To był mały krok. Ale czasem małe kroki to wszystko, czego potrzeba, by ruszyć do przodu. „Bycie kobietą jest cudowne, ale też pełne wyzwań. Mamy unikatowe zdolności i mocne strony, i odgrywamy w życiu wiele różnych ról, wspomagając nasze rodziny, społeczności i miejsca pracy. Zmagamy się też z wieloma różnymi wyzwaniami, w tym dotyczącymi naszego zdrowia, zarówno psychicznego, jak i fizycznego.” Cate Howell w książce „Zdrowie psychiczne kobiety”* podpowiada czytelniczkom, co zrobić, by odzyskać radość życia. Według niej, nasz rozkwit jest ściśle powiązany z dobrostanem i poczuciem przynależności i spełnienia. Autorka wskazuje dziesięć kroków, które prowadzą do zdrowia psychicznego i dobrostanu. 1. Zwiększenie samoświadomości i zidentyfikowanie rzeczy, na których należy się skupić. 2. Zwracanie uwagi na własne emocje. 3. Określenie intencji lub celów. 4. Dbanie o zdrowie fizyczne, świadomy styl życia i samoopieka. 5. Wzmacnianie więzi międzyludzkich. 6. Skorzystanie z psychoterapii (która pomaga zarządzać myślami, uczuciami i zachowaniami). 7. Poznanie swoich mocnych stron i wykorzystywanie ich. 8. Zgłębienie takich zagadnień, jak samowspółczucie, sens i cel. 9. Robienie rzeczy, które dają nam poczucie sensu, i praktykowanie wdzięczności. 10. Rozważenie terapii uzupełniających albo medytacji (jeżeli trzeba rozwiązać problem związany ze zdrowiem psychicznym). Cate Howell na stronach swojej książki bierze pod lupę każdy z wymienionych kroków, czyli nie tylko mówi nam, co mamy zrobić, ale również podpowiada, jak można to osiągnąć. Podaje kilka sposobów na to, abyśmy mogły przybliżyć się do poznania swojego sensu i celu w życiu. Między innymi proponuje: • Praktykuj samoświadomość i refleksję - co dodaje ci energii w życiu? • Kieruj się tym, co jest dla ciebie ważne - może to być rodzina, prostota, troska o naszą planetę, kreatywność, sprawiedliwość albo służba. • Zarządzaj czasem w taki sposób, aby znaleźć przestrzeń na to, co jest dla ciebie ważne w życiu. • Praktykuj samoopiekę. • Wzmacniaj więzi z ludźmi i buduj pomocne relacje. • Zwracaj uwagę na myśli, które utrudniają ci osiągnięcie celu, takie jak: „Nie mogę tego zrobić”. • Porzuć samokrytykę, praktykuj samowspółczucie i wzmacniaj wiarę w siebie. • Poznaj swoje mocne strony i je wykorzystuj. • Uznaj swoje prawo do osiągania celów, które sobie wyznaczasz. • Żyj chwilą i ciesz się nią! *Fragment pochodzi z książki Cate Howell "Zdrowie psychiczne kobiety", Wydawnictwo RM, 2025 **Post powstał we współpracy z Wydawnictwem RM POLECAMY:
SZANUJCIE SIEBIEAsertywność. Granice. Miłość do samego siebie.GOSIA Od Świąt minęły dwa miesiące, a Gosia wciąż ze łzami w oczach wraca do tamtych dni. Inaczej wyobrażała sobie ten magiczny czas. Miała żal do męża. Znowu postawił na swoim. Dlaczego ona i dzieci muszą cierpieć? Nie potrafiła pojąć, jak mężczyzna, który świata poza nią nie widział, mając to, czego tak bardzo pragnął, przestał to doceniać. BOGUSIA Bogusię oglądając wieczorem film, przeszedł dreszcz. Zdrady, zdrady, wszędzie zdrady. Są tematem przewodnim książek, filmów, seriali… A może to ona zaczęła ostatnio częściej myśleć o niewierności mężczyzn i tym samym ukierunkowuje uwagę na ten temat. MAREK W Marku zaczęło coś pękać. Coraz bardziej przemęczony, sfrustrowany, dający się wszystkim bez reszty. W zasadzie nigdy nie widział w tym nic dziwnego. Dlaczego teraz przystanął i zastanawia się nad sobą? GOSIA Gdy Gosia poznała swojego przyszłego męża, wiedziała, że jest po rozwodzie, że ma córeczkę, którą kocha nad życie. Nie stanowiło to dla niej problemu. Wręcz przeciwnie, widząc, że jest dobrym ojcem, wiedziała tym samym, że jest dobrym i odpowiedzialnym człowiekiem. Gdy zaczęli myśleć o wspólnej przyszłości, nie wyobrażała sobie, by mogła zabronić mu kontaktów z córką. Widziała, że jest wolnym mężczyzną, ale ma zobowiązania wobec dziecka. BOGUSIA Bogusia ceniła w mężu jego empatię. Zawsze wrażliwy na potrzeby wszystkich wokół. Zanim ktokolwiek poprosił o pomoc, już wyciągał pomocną dłoń. Miał złote serce. Ale ostatnio koleżanki zaczęły zwracać uwagę, że powinna być bardziej czujna. „On z dobrego serca wszystkim pomaga, a baby tylko czekają, by znaleźć pretekst i faceta uwieźć… Ty to głupia i naiwna jesteś”- słyszała. MAREK Marek rano zawoził dzieci do przedszkola, potem pędził do pracy. Po pracy po dzieci, zakupy, obiad. Taki mieli układ. Żona rozwijała się naukowo. Był z niej dumny i wiedział, że musi mieć spokój. I tak cud, że urodziła w międzyczasie dziewczynki. Cuda się zdarzają, nie dość, że zaszła w ciążę, pomimo tego, że odkładała to wciąż na później, to na dodatek zdarzyło się podwójne szczęście - bliźniaczki. GOSIA, BOGUSIA, MAREK Gosia, Bogusia i Marek. Trzy osoby, które nie umiały zadbać o własne granice. Widziały innych i ich potrzeby, nie widząc swoich. Zawsze stawiały innych ponad swoje dobro. Gdyby nie przyjaciele, koleżanki, terapeuta, nie wiadomo jak daleko by zaszli. GOSIA Gosia nie tylko akceptowała to, że mąż co drugi weekend spędzał z córką, ale zaczęła również akceptować to, że zaczął w pewnym momencie zaniedbywać ich wspólne dzieci. Oczywiście szalał z radości, gdy urodził się pierwszy, a potem drugi synek, ale później zachowywał się tak, jakby chciał wynagrodzić córce fakt posiadania innych dzieci. Córka stała się dla niego pępkiem świata. Pewnie dlatego, że nie docenia się w życiu tego, co ma się na wyciągniecie ręki. To, co się ma na co dzień, nie jest dla nas tak cenne jak to, czego nie mamy. Dlatego pewnie, gdy nastolatka zaproponowała, by wspólnie wyjechali w Święta na Wyspy Kanaryjskie, nie zastanawiał się długo, nie pomyślał o żonie i dzieciach. Po policzku Gosi popłynęły łzy, gdy koleżanki w pracy opowiadały o rodzinnych Świętach… Nie tak wyobrażała sobie tę Wielkanoc. BOGUSIA Tego dnia Bogusia miała potwornie stresujący dzień w pracy. Marzyła, by wreszcie wrócić do domu. Chyba stres spowodował, że rozwinęła się jakaś infekcja. Nie weszła po drodze nawet do apteki, tylko co sił biegła do domu. Chciała przytulić się do męża. Wiedziała, że zadba o nią i kupi wszystko, co ona potrzebuje. Przekraczając próg domu, odebrała smsa – „Kochanie, nie czekaj z obiadem”. „Potem Ci wszystko wyjaśnię”- usłyszała, gdy zadzwoniła, informując o swoim fatalnym samopoczuciu zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Mąż przejął się bardzo, ale wytłumaczył, że musi pomóc żonie przyjaciela, który jest za granicą, a jej po raz n-ty w tym miesiącu coś się znowu zepsuło… MAREK W Marku coś zaczynało pękać. Był potwornie przemęczony. W pracy podczas rozmowy z coachem usłyszał, że musi znaleźć chwilę dla siebie. Gdy powiedział żonie, że chce dla równowagi psychicznej pomyśleć o sobie i swoich potrzebach i chciałby raz w tygodniu chodzić na basen, poczuł się, jakby prosił o rzecz niemożliwą do zdobycia. A przecież chciał tak niewiele. Musi coś robić dla siebie, bo zwariuje. Żyje w ciągłym tempie i ze słowami wciąż brzmiącymi w głowie: muszę, muszę, muszę… Umiejętność postawienia granic, to dla niektórych osób sztuka. Nie stawiają ich, bo nie chcą zrobić przykrości, nie chcą być egoistami, nie chcą stracić sympatii, miłości, szacunku. Wiele osób nie chce przyznać się przed sobą, że pewnych sytuacji nie akceptuje. Przecież nie mogę być zazdrosna, nie mogę nie ufać, nie mogę być zaborcza, nie mogę zabraniać, nie powinienem, nie wypada, nie przystało… A gdzie w tym wszystkim są oni? Ludzie, którzy też mają swoje prawa, potrzeby, uczucia. Zapomnieli o sobie, nie wiedzą nawet, gdzie postawić własne granice, bo są tylko przyzwyczajeni do naginania swojego życia do życia innych ludzi. Dopiero od znajomych, przyjaciół, psychologa usłyszeli słowa brzmiące rożnie, ale mające ten sam sens: „Miłość bliźniego zaczyna się od miłości własnej”. Jeżeli sami nie będziecie siebie szanować, nikt Was nie uszanuje. Jeżeli nie potrafisz stawiać własnych granic, nie umiesz być osobą asertywną, przeżywasz trudne chwile, nie możesz poradzić sobie z tłumionymi uczuciami, targają Tobą emocje - pomożemy CI. O ile chcesz skorzystać z naszej wiedzy i doświadczenia, zapraszamy na porady on line. Wielu osobom pomogłyśmy, pomożemy i Tobie :) Możemy pomóc Ci inaczej patrzeć na świat... bo przecież wszystko zaczyna się w naszej głowie!
ŚLADJak zminimalizować skutki rozwodu rodziców, |
| NOWOŚĆ! "Dlaczego to tyle trwało? Jak uwolnić się od narcyza i uniknąć toksycznej relacji? Wydawnictwo RM Psychologia przy kawie jest patronem medialnym :) PREMIERA ODBYŁA SIĘ 12 LUTEGO! |
JESTEŚMY NA FACEBOOKU:
POMAGAMY:
PISZEMY DLA WAS: